Dzień 19. Paryż – Kraków. Koniec wakacji

Krzysiek: Podobało Ci się na wakacjach?

Asia: Tak! A Tobie?

K.: Mnie też. Jakim krajem jest według Ciebie Argentyna?

A.: To zależy. Z jednej strony wydaje mi się, że są wiele lat za Europą pod kątem rozwoju i usług, a z drugiej – mają takie aspekty życia czy podróżowania, które u nas są jeszcze obce. Ludzie wydają mi się bardziej pogodzeni z rzeczywistością niż Polacy. Może to właśnie jest ta lekcja z wakacji – żeby się mniej wszystkim przejmować. A Tobie jak się wydaje? Argentyna bardzo różni się od Polski i innych krajów w Europie?

K.: Gdybym obudził się nagle w Buenos Aires nie wiedząc co to za miasto, to już po 1-2 dniach zacząłbym się domyślać, że nie jestem w Europie. Architektoniczny chaos, samochody w stanie agonalnym, brudne i zaśmiecone ulice, szaleństwo na drogach…

A.: Czekaj, czekaj. To brzmi tak, jakby Argentyna Ci się w ogóle nie spodobała.

K.: Ale te wszystkie rzeczy, o których mówię, mi nie przeszkadzały. Będąc tam trzy tygodnie można potraktować je jako ciekawostki. Gorzej, gdybym miał tam żyć. Zresztą Andres od początku uprzedzał, że życie w Ameryce Południowej jest na każdym kroku trochę trudniejsze, niż u nas. A co Cię tam zaskoczyło?

A.: Jeśli chodzi o szczegóły, to zaskoczył mnie na przykład brak kantorów. Żeby wymienić walutę musieliśmy iść do banku, pobrać numerek, jak w krakowskim NFZ, i czekać dwie godziny. Wydaje mi się, że przy obecnym poziomie rozwoju bankowości i obsługi klienta w Polsce, to nie do pomyślenia. To też oznacza, że kraj jest na swój sposób zamknięty na turystę. W Europie robi się wszystko, żeby obcokrajowiec przybył i wydał jak najwięcej pieniędzy. Raczej wszystko mu się ułatwia, nie utrudnia. Mam wrażenie, że w Argentynie – przeciwnie. Jeśli nie dopytasz, nikt nie poda Ci rozwiązania na tacy.

K.: To akurat konsekwencje kryzysu i bankructwa kraju w 2001 roku. Ale owszem, jest to dla turysty trochę szokujące, że tak trudno jest zdobyć lokalną walutę, bez której przecież nic się nie da zrobić. No i to noszenie przy sobie grubych plików banknotów po sto pesos… A jak oceniasz nasz plan przemieszczania się po kraju? Był okej? Ja za każdym razem wchodząc na lotnisko czułem lekką obawę, czy nasz samolot na pewno poleci.

A.: Wiadomo, każdy lot niesie za sobą jakieś ryzyko, że jeśli się nie odbędzie, to nasze planowanie szlag trafi. Tak myślałam przed wylotem z Europy. Ale później, jak zobaczyłam na miejscu, jak to wygląda i że tak wielu turystów podróżuje w taki sam sposób jak my, zrozumiałam, że nie popełniliśmy błędu, wybierając samoloty. Te dystanse są tak duże w samej Argentynie, że nie bylibyśmy w stanie objechać tylu miejsc przy naszych ograniczeniach czasowych i budżetowych. Nadal mam niedosyt – nie odwiedziliśmy kilku miejsc, które chciałabym zobaczyć. A Ty jesteś usatysfakcjonowany tym, co widzieliśmy i robiliśmy? Coś byś zmienił?

K.: Zamieniłbym sześć dni w El Calafate na cztery dni tam i dwa w El Chalten. Wtedy udałoby się nam choć raz samodzielnie wyjść w patagońskie góry. Ale poza tym wszystko fajnie. Oczywiście wolałbym mieć urlop jeszcze dwa tygodnie dłużej i pojechać na przykład do Salty i do Bariloche, ale pogodziłem się z faktem, że nie da się w Argentynie za jednym zamachem zobaczyć wszystkiego, co ciekawe.

A.: No właśnie, o tym samym pomyślałam. Chciałabym zobaczyć Saltę, wodospady Iguazu i może kiedyś zrobić ten słynny trekking W. Może następnym razem się uda. A które z odwiedzonych miejsc podobało Ci się najbardziej?

K.: A mogę wybrać trzy z czterech? Nie ma sensu porównywać, każde było przecież tak totalnie inne od pozostałych. Do Buenos już bym nie wrócił, rozczarowało mnie i trochę zmęczyło. Ale wszystkie pozostałe miały w sobie coś magicznego. Zachwyciła mnie wyspa Martillo, chciałbym posiedzieć z pingwinami trochę dłużej, pogapić się na nie w spokoju. Powalił mnie na kolana majestatyczny krajobraz Patagonii. No i jestem pod wielkim wrażeniem Cesara i jego warsztatów o malbecu. Tak się powinno objaśniać wino turystom – cierpliwie, z pasją. No i na „żywym organizmie” – z kieliszkami, przy beczkach i przy stole. Bez powtarzania tych wszystkich komunałów o fermentacji i leżakowaniu. Takie rzeczy to można w Wikipedii przeczytać, nie trzeba jechać do winnicy. Co na tych wakacjach zrobiliśmy źle?

A.: Tego nigdy się nie dowiemy. Ale chyba moim największym błędem było pozostawienie telefonu w hostelu w Mendozie… No i jadłam za dużo dulce de leche! Teraz po powrocie będzie trzeba trochę oczyścić organizm z tego całego niezdrowego żarcia. Chociaż ciężko mi uwierzyć, że te przepyszne argentyńskie steki mogą komukolwiek szkodzić. Jakie smaki zapamiętasz? Tylko wino czy coś poza nim?

K.: Wino, steki, wino, dulce de leche, wino, pyszne lody, wino… Ale zwróć uwagę, że nie jest łatwo zjeść w Argentynie zdrowy obiad na mieście. Wszędzie tylko te pizze, burgery, makarony, steki. Czasami uda się ustrzelić jakąś dobrą sałatkę. Nawet jak nie chcesz, to i tak tam utyjesz. To co, wrócimy kiedyś do Ameryki Południowej?

A.: Chyba tak, w końcu zjedliśmy lody z owoców calafate. Jeśli legenda o owocach jest prawdziwa, to wrócimy na pewno. Bardzo podobał mi krajobraz Patagonii. Tak pięknych widoków nigdzie wcześniej nie widziałam. Nie da się tego z niczym porównać. Wróćmy kiedyś!

K.: No dobra. Ale najpierw Islandia. 😊

Reklamy
Opublikowano W Argentynie | Dodaj komentarz

Dzień 17 i 18. Mendoza – Buenos – Madryt – Paryż. Ostatnie kieliszki

Nasz ostatni dzień w Mendozie postanowiliśmy spędzić trochę aktywnie, trochę leniwie.

Z gorąca niewiele nam się chciało. Zwykle narzeka się w Polsce na pogodę – a to zimno, a to ciągle pada, a wiecznie nie ma słońca. Przekonaliśmy się na własnej skórze, że przesada w drugą stronę potrafi nieźle dać w kość. Podejrzewamy nawet, że te wszystkie remonty w Mendozie nigdy nie zostają dokończone, bo z gorąca nikomu się nie chce.

Po południu wypełzliśmy niechętnie na słońce. Mieliśmy w planie dołączyć do wycieczki zorganizowanej, żeby zwiedzić jeszcze dwie winnice i fabrykę oliwy. Najpierw zajechaliśmy do Cavas y Bodegas Weinert w Lujan de Cuyo. Zostaliśmy przeprowadzeni przez cały proces produkcji wina. Pospacerowaliśmy trochę po piwnicach pełnych wielkich beczek z winem. Kolejnym miejscem było Pasrai, miejsce gdzie produkuje się pyszną oliwę. Krzysiek oblizywał paluszki po degustacji oliwy z dodatkiem papryczki chilli. Coś mi się wydaje, że od teraz to będzie stały asortyment w naszej domowej kuchni. 😉 Na koniec zajechaliśmy do małej rodzinnej winnicy Cavas de Don Arturo. w Maipú. Tam po raz kolejny opowiadano nam o procesie produkcji. Trochę kręciliśmy nosem, że na tak krótkiej wycieczce trzeba wysłuchać dwukrotnie tej samej litanii. Jak się okazuje skala produkcji wina nie zmienia bardzo samego procesu – jest bardzo podobny w wielkich winnicach i takich na mniejszą skalę. Cieszymy się też, że udało nam się zobaczyć oba najważniejsze rejony winne – Lujan de Cuyo i Maipú. Obowiązek enoturysty spełniony!

Wieczorem po raz kolejny wybraliśmy się do restauracji La Lucia. Tym razem już nie było żartów – pożarliśmy dwa ogromne steki. Były pyszne! Warto było w ostatni wieczór w Argentynie zjeść tak dobrze zrobione danie.

Na zamknięcie wieczoru przeszliśmy się jeszcze raz na lampkę wina do Chinitas Wine Club. Tak dokładniej mówiąc, przeszliśmy się na lampkę, a wypiliśmy po trzy. Tym razem Krzysiek miał życzenie pozostać przy winach białych, dla kontrastu, po trzech tygodniach picia wyłącznie czerwonego. Tylko resztki zdrowego rozsądku kazały nam zebrać się przed jedenastą, żeby z samego rana wstać na samolot. Stojąca za barem druga pani właścicielka radośnie namawiała nas na więcej i więcej…

Dzień dzisiejszy upłynął nam na lotniskach. MDZ, AEP, EZE, MAD, CDG. Jesteśmy nieźle wyrypani po tym maratonie. Właściwie tym sposobem piątek zamienił się w sobotę.

W Buenos Aires zaopatrzyliśmy naszą domową piwniczkę winną w kilka butelek, które z chęcią opróżnimy już w Krakowie, w dobrym towarzystwie. Wypiliśmy ostatnią kawę w lotniskowej Havannie i kupiliśmy kilka havannettek na osłodę powrotu do zimnej Europy. Jak się okazało szok pogodowy dopadł nas dopiero w Paryżu, gdzie przywitało nas zimno i deszcz. Gdzieś z tyłu głowy mam jednak myśl, że to mógł być śnieg i mróz, więc nie marudzimy.

Jutro powrót do Krakowa. Lubimy wracać do domu. [A.]

Opublikowano W Madrycie | Dodaj komentarz

Dzień 16. Mendoza. Miasto w remoncie

Kolejny dzień spędziliśmy szwendając się po mieście pełnym remontów…

Jakoś zupełnie inaczej sobie wyobrażałam Mendozę jako miasto. Myślałam, że przez całą enoturystykę i otoczkę wokół winnic z regionu, jest bardziej dostosowana do potrzeb zagranicznych turystów. A jest z tym raczej średnio. Zgodnie uznaliśmy natomiast, że jest dużo „łatwiejsza” w obyciu niż Buenos Aires – mniej tłoczna, mniej zabiegana.

Postanowiliśmy dać miastu szansę i powłóczyliśmy się po ulicach jego centrum. Przeszliśmy się do parku. I nie wiem, jak nazwać to uczucie. Wszystko niby jest w porządku, miasto żyje, ale cały czas czegoś nam brakowało. Może dlatego, że jako europejscy turyści jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że każde większe miasto ma swoje centrum w postaci rynku. Tutaj tak nie ma – żadne z miast Argentyny, które odwiedziliśmy, nie miało rynku (oczywiście nie mam na myśli jego krakowskiej wersji, ale chociażby placyk na miarę deptaka w Gdyni). Brakuje mi tu tego.

No i wszytko jest w remoncie. Nie wiem, czy akurat tak trafiliśmy nieszczęśliwie w porę roku, kiedy robi się w mieście dużo renowacji, czy tu po prostu tak jest. Po przedyskutowaniu tematu uznaliśmy, że to jest ich ameryko-łacińskość. Objawia się ona brakiem porządku na ulicy, brakiem chęci dopinania spraw na ostatni guzik czy używaniem zasłonek prysznicowych (takich, jakie u nas może można było spotkać w latach osiemdziesiątych – dla mnie jedna z najohydniejszych rzeczy na świecie, ale cóż… on tu tak mają, co poradzisz).

Wieczorem wybraliśmy się do Chinitas Wine Club, lokalnego wine baru. Przyjemne miejsce, otwarte stosunkowo niedawno (kilka miesięcy temu). Właścicielka żywo zainteresowała się, co zbłąkani Polacy mogą robić w jej przybytku i jak się tam znaleźli. Narzeka, że lokalni mieszkańcy Mendozy nie odwiedzają Chinitas i dużo częściej zdarza jej się gościć zagranicznych turystów. Tłumaczyła nam, że właściwie w Mendozie nie ma kultury picia wina i że to tylko lokalny marketing napędza wrażenie, że jest inaczej. Tak w rzeczywistości większość winnic eksportuje wino poza Argentynę.

Później przenieśliśmy się do La Lucia na Avenida Aristides Villanueva (ta avenida to największa imprezownia w mieście – bary, knajpy, poważne restauracje, fast foody, susharnie, wine bary, co kto woli). To był bardzo przyjemny wieczór, pewnie dlatego, że temperatura była o jakieś dziesięć stopni niższa niż dnia poprzedniego (czyli w okolicach 25 stopni, a nie 37 ;-)).

W czwartek zamierzamy zwiedzić jeszcze dwie winnice. Czekamy z niecierpliwością. [A.]

Opublikowano W Argentynie | Dodaj komentarz

Dzień 15. Mendoza. Tierras Altas

Od wczorajszego wieczora jesteśmy w Mendozie i szczerze mówiąc, nie jest łatwo.

Na zewnątrz są 33 stopnie, a w hostelu nie ma klimatyzacji. Spaliśmy w minimalnej ilości ubrań i oczywiście bez kołdry, a i tak ciężko było wczoraj zasnąć. A wstać musieliśmy przed 8:00, żeby nie ryzykować zawalenia się dzisiejszych planów. Udało się.

O 9:00 jemy lekkie śniadanie, a potem walczymy o zdobycie normalnej taksówki. „Normalnej”,  bo pan który wiózł nas wczoraj z lotniska, za dzisiejszy kurs do Lujan de Cuyo zaproponował cenę 100 dolarów amerykańskich. Zadzwonimy do pana – powiedziałem, niczym spławiający przegranego kandydata rekruter. Pracownik naszego hostelu słysząc o tych stu dolarach złapał się za głowę.

Około 9:45 przyjeżdża po nas Taxi Remis – lokalna wersja iCara, samochód bez koguta wożący za trochę mniej pesosów. Pan Luis wiezie nas do winnicy i kasuje za to dwie stówki, czyli na nasze 50 złotych. Czyli tyle ile się powinno za kurs trwający trochę ponad kwadrans.

W Tierras Altas – bo tak nazywa się winnica którą odwiedzamy – czeka na nas Cesar  i jeszcze jedna turystka. Jak się po chwili okazuje, towarzyszka naszej wycieczki ma na imię Monika i jest z Warszawy. Z lekkim opóźnieniem dołącza jeszcze pan Brazylijczyk i trzyosobowa rodzina Argentyńczyków i już ruszamy z programem Experiencia Malbec.

Warsztaty (bo tak wolę to nazywać, „lekcja” ani „wycieczka” nie wydają się tu odpowiednie) trwają cztery godziny i są najciekawszym spotkaniem na temat wina w naszej dotychczasowej „karierze”. Cesar opowiada o metodach uprawy winorośli, daje nam spróbować malbeca na różnych etapach produkcji i dojrzewania, porównuje gotowy już rocznik 2013 z 2005. Eksperymentuje też z poziomami utlenienia i czasem przetrzymywania wina w dębowych beczkach. Tłumaczy na co zwracać uwagę na etykietach. No i wygłasza obrazoburcze na pierwszy rzut ucha teorie. Parowanie słodkich win ze słodkimi deserami jest bez sensu – opowiada z przejęciem. Smaki trzeba kontrować, a nie dublować! Starzenie win w piwnicy jest bez sensu – mówi. Nie po to się tu gimnastykujemy miesiącami, albo i latami, w poszukiwaniu idealnego smaku, żebyście Wy potem próbowali poprawić nasz produkt, odstawiając go na bok na 5 lat. Pijcie wino takim, jakim daje go Wam winiarz. Po latach czekania będziecie zamiast wina mieli znakomity… ocet!

Na dyskusjach i opowiadaniach upływa nam czas do obiadu. Siadamy do stolika, gdy nagle pojawia się kolega Cesara, jeden z winiarzy Tierras Altas. I pokazuje nam swoje sauvignon blanc, o którym mówi, że to zupełnie inne wino niż jego odpowiednik z Nowej Zelandii. Ma rację, różnice czuć od razu. Zajadamy się pieczywem ze znakomitym zestawem oliw, przystawkami (empanadas, tost z szynką, zapiekany ser) i daniami głównymi (żeberka, steki, czipsy ziemniaczane, krem z dyni), a Cesar i jego koleżka co chwilę przynoszą kolejne butelki. Polewają caberneta, malbeca, więcej sauvignon blanc. I każą próbować z jedzeniem. Połączenia są fantastyczne!

Po deserze (jabłecznik, lody z winogron, flan z orzechami), solidnie porobieni, wracamy do hostelu. Wciąż nie jest łatwo, ale trwająca dobre pół dnia wizyta w Tierras Altas warta była każdego grosza i każdej spędzonej tam minuty. Zła wiadomość jest natomiast taka, że wszystkie wina z tej winnicy trafiają na eksport do Brazylii i USA. Ani w Argentynie ani w Polsce nie ma szans ich kupić… [K.]

 

Opublikowano W Argentynie | Dodaj komentarz

Dzień 14. El Calafate – Mendoza. Co zapamiętamy z Patagonii

Lecimy do Mendozy. Trzeci rozdział naszych wielkich argentyńskich wakacji zamknął się parę godzin temu, gdy szalony kierowca agencji turystycznej odebrał nas z hotelu i zawiózł na lotnisko Comandante Armando Tola, około dwudziestu kilometrów od El Calafate. Oto co zapamiętamy z prawie tygodnia spędzonego w Patagonii…

Widok gór. W życiu nie widziałem gór tak wielkich, pięknych i majestatycznych, jak Andy. Nie wiem, czy jest w Europie choć jedno miejsce, które oferuje taki widok – wielka stepowa pustka, a na jej końcu łańcuch górski aż do nieba. Wrażenia są niesamowite. [K.]

La Zorra. Samotna wyspa na oceanie dość przeciętnego argentyńskiego piwa i kuchni, w której oprócz steków króluje pizza, makaron i empanadas. W La Zorra byliśmy łącznie cztery razy, piliśmy znakomite piwa rzemieślnicze (jak na mający dwa lata browar) i jedliśmy same smaczne rzeczy. Ciepłe kanapki ze świetnie doprawioną jagnięciną, małe pyszne tapasy i to, co Asię zachwyciło najbardziej – sałatkę dyniową. [K.]

Lago Argentino. Jezioro Argentino jest zbiornikiem wód polodowcowych, tak jak wszystkie inne jeziora w tej okolicy (ale to jest największe). Już z daleka przykuwa uwagę błękitnym kolorem. To jest taka barwa, jakiej jeszcze nigdy nie widziałam w żadnym jeziorze. Nigdzie w Europie nie ma jezior ani rzek, które odzwierciedlałyby ten kolor. Za każdym razem przy wyjeździe z El Calafate drogą 11 można się naoglądać do woli. [A.]

Stepy. Drugi element krajobrazu obcy Europejczykom. Ziemia, kamienie, czasami niskie kępy trawy i długo, długo nic. Zastanawiałem się, dlaczego po obu stronach drogi wzdłuż stepów ciągną się ogrodzenia. Teraz już wiem, że to estancje. Stepy to także śmiertelne niebezpieczeństwo – oprócz łagodnych lam, owiec i strusi żyją tam też pumy, z którymi lepiej nie wdawać się w dyskusje. [K.]

Wędrowcy. W El Calafate przecinają się szlaki podróżników z całego świata. Najgłośniejsi są oczywiście Amerykanie, ale można tam też spotkać bardzo dużo Europejczyków, zwłaszcza z Hiszpanii (im jednak łatwiej podróżować po kraju, gdzie mówi się ich językiem ojczystym). Wszyscy podróżują z północy na południe albo odwrotnie. Zwykle podróżują między tymi samymi miastami. W żadnym innym miejscu na świecie nie spotkałam się z takim podróżniczym duchem. [A.]

Leniwe psy. Nie da się przejść główną ulicą El Calafate, nie mijając po drodze co najmniej kilku psów, leżących na chodniku. Są wszędzie, wydają się nie mieć ani domu, ani ochoty na cokolwiek. Po prostu leżą. I nie było by w tym nic zdrożnego, gdyby nie to, że czasem postanawiają podnieść cztery litery i ruszyć w ślad za turystą. Któregoś dnia podczas spaceru po obrzeżach miasta ruszyły za nami aż trzy i poczuliśmy się trochę nieswojo. [K.]

El calafate. Nazwa miasta wzięła się od nazwy owocu, który porasta patagońskie stepy. El calafate to coś podobnego do polskiej jagody. Opowiadano nam, że wśród miejscowych panuje przekonanie, że podróżnik, który zjada te owoce wraca do El Calafate, a podróżnik, który je ich za dużo – zostaje tu na zawsze. My jedliśmy je tylko raz, więc może jeszcze wrócimy… [A.]

Podsumowując, Patagonia jest piękna. Ogrom przestrzeni, na której ciągną się stepy i góry, zachwyca. Już chyba rozumiem, dlaczego Stachura chciał zawsze wracać do Patagonii. [A.]

Około 19:00 powinniśmy dotrzeć do Mendozy, a tam rozpocznie się ta część naszych wakacji, na którą czekam niecierpliwie od dłuższego czasu – wizyta w krainie czerwonym winem płynącej. Na dzień dobry, już jutro rano, odwiedzimy winnicę Tierras Altas w wiosce Lujan de Cuyo. [K.]

Opublikowano W Argentynie | Dodaj komentarz

Dzień 13. El Calafate. Estancia 25 de Mayo

Ponieważ wczorajszy dzień upłynął nam na lenistwie, a główną ulicę w centrum miasta znamy prawie na pamięć (bo na jednym końcu mieszkamy, a na drugiem jest La Zorra), postanowiliśmy skorzystać z jeszcze jednej oferty miejscowego biura, żeby zapełnić czymś ciekawym nasz ostatni dzień w El Calafate.

Skusiliśmy się na kilkugodzinną wyprawę na Estancia 25 de Mayo. Nie spodziewaliśmy się nie wiadomo czego, bo mieliśmy być jedynymi uczestnikami tej wizyty. Pomyślałam, że to pewnie nic ciekawego, skoro nikt z podróżnych nie interesuje się tematem. Tak czy inaczej, nie chcieliśmy spędzić dnia w pokoju hotelowym, więc zdecydowaliśmy się jechać. I było naprawdę ciekawie.

Jak nam wytłumaczono, kiedyś w Patagonii nie było miast. Był to teren dziki, niezamieszkany, nie oswojony przez człowieka. Na przełomie XIX i XX wieku argentyński rząd, walczący o prawa do ziem na południe od Buenos Aires, postanowił osiedlać w Patagonii imigrantów, żeby oswoili nieznane tereny i tym sprytnym sposobem, zajmując lokalne ziemie, pomogli przesunąć na zachód granicę z Chile. (Podobno konflikt o linię graniczną między państwami trwa do dziś i jest sporem nierozwiązywalnym.) Każdy z przesiedlonych dostawał argentyńskie obywatelstwo, kilkanaście tysięcy hektarów ziemi i owce do wypasu. Każdy taki przybytek nazywał się estancia, czyli posiadłość ziemska pośrodku stepów. Tam prowadzi się agro działalność.

Dopiero dużo później, w czasach, kiedy na terenach Patagonii ustanowiono podatki od gruntu, część ziem estancji została odsprzedana państwu i przekształcona w miasta. Takie ciekawe rzeczy nam opowiadano.

Całość naszej wycieczki zaczęła się od mate przy ognisku. Nareszcie Krzysiek miał okazję być poczęstowanym prawdziwym argentyńskim mate. 😉 Dostaliśmy bułeczki tortas fritas i cafe cenizo – kawę parzoną na ognisku, do której dorzuca się kawałki popiołu obtoczone w cukrze. Gospodarze tłumaczyli nam, że wtedy w naczyniu zachodzi proces chemiczny, dzięki któremu kawa jest smaczniejsza. No i faktycznie, smakuje całkiem dobrze, nawet bez mleka (na początku w to wątpiłam).

Obserwowaliśmy strzyżenie owiec. Taka praca przy owcach to ciężki kawałek chleba. Trzeba mieć dużo fizycznej siły i cierpliwości. Gospodarze opowiadali, że prawo argentyńskie stopniowo ogranicza ilość owiec, jakie można hodować na określonej liczbie hektarów, przez to, że zwierzęta rujnują lokalną florę, której na stepach patagońskich nie ma za wiele. Efekt jest taki, że hodowcom coraz ciężej wyżyć z wypasu owiec i coraz częściej uciekają się do działalności nakierowanej na turystykę.

Pogadaliśmy trochę o życiu, trochę o polityce, trochę o historii. I zjedliśmy pyszny gulasz z patagońskiej jagnięciny. Uznaliśmy zgodnie, że ta wyprawa do estancji wzbogaciła nas o wiedzę, której nie zdobywa większość turystów podróżujących przez El Calafate. Ogólnie lokalne agencje turystyczne skupiają swoją działalność głównie wokół parku narodowego i rezerwatów przyrody. Przeciętny turysta odwiedzający El Calafate przez co najmniej trzy dni może korzystać z usług agencji i oglądać wyłącznie lodowce. Lodowce są super, no ale… bez przesady. 😉

Wieczorem skoczyliśmy do miasta, żeby po raz ostatni zjeść w La Zorra sałatkę dyniową (pychota! będę powielać po powrocie do domu). Teraz już myślimy powoli o jutrzejszym pakowaniu i transporcie na lotnisko. [A.]

Opublikowano W Argentynie | Dodaj komentarz

Dzień 12. El Calafate. Borges, Alvarez i La Tablita

Po trzech dniach wstawania o szóstej rano, jeżdżenia po Patagonii, oglądania Andów i lodowców, postanowiliśmy zrobić sobie dzień wolnego.

Sobota w El Calafate minęła nam mniej-więcej tak, jak spędzilibyśmy ją w Krakowie. Brak budzika na rano, śniadanie o 9:30, na spacer pójdziemy, jak nam się zachce, itp. Wędrówka po mieście szlakiem sklepów z pamiątkami zaprowadziła nas do uroczej knajpy Borges y Alvarez. Wśród półek z książkami i albumami oraz cytatów wypisanych na ścianach i oparciach krzeseł wypiliśmy po kawie i zjedliśmy 4 empanadas – wielkie pieczone pierogi z wkładką.

Wieczorem z kolei mieliśmy zjeść kolację w położonej na wzgórzu nad jeziorem Argentino restauracji Don Pichon. Drobne nieporozumienie z recepcją hotelu sprawiło jednak, że zamiast tam, wylądowaliśmy topowej kulinarnej destynacji El Calafate – knajpie La Tablita.

Wybór padł na sałatkę szefa, miks grillowanych mięs (polędwica i steki wołowe, patagońska jagnięcina) oraz butelkę malbeca Andeluna 1300. I choć było to tylko jedno duże danie plus sałatka, po raz drugi przekonaliśmy się, że grill w Argentynie to nie przelewki. Byliśmy dopiero w połowie sałatki, a na gorącym półmisku wciąż leżał kawałek polędwicy, gdy ja byłem już wykończony, a Asia siłą rozpędu walczyła, by zjeść jeszcze chociaż trochę. Ostatnie 60 minut upłynęło nam już tylko na powolnym opróżnianiu butelki z winem.

Tym, co oprócz jedzenia zrobiło na mnie największe wrażenie, była praca kelnera. Gdy spotykam w restauracjach taką obsługę – a zdarza się to niezwykle rzadko – uświadamiam sobie naocznie, czym różni się kelner dorabiający do studiów od kelnera z zawodu. Ten drugi nawet otwieranie butelki wina potrafi wynieść do rangi sztuki i zamienić w prawdziwy rytuał. Pan obsługujący nas wczoraj w La Tablita tak właśnie pracował – dostojnie, bez narzucania się, szybko i profesjonalnie. Prawdziwy mistrz sztuki kelnerskiej. [K.]

Opublikowano W Argentynie | Dodaj komentarz